To miasto ma czarodziejską moc, wie pan o tym, Danielu? Zanim się człowiek obejrzy, wejdzie mu pod skórę i skradnie duszę.

Carlos Ruiz Zafón „Cień wiatru”

Tym wpisem chciałabym rozpocząć serię dzienników z podróży, czyli moich subiektywnych (nie)przewodników po miejscach, które mnie wzruszyły, wyryły boleśnie silne wspomnienia podszyte nie tylko pamięcią, ale i mnóstwem emocji. Kocham czuć miejsca i nawiązywać z nimi relacje, o czym powstał ten wpis. Dzienniki będą swego rodzaju kontynuacją z konkretnych miejsc, które jedynie odwiedzam. Dzisiaj zapraszam do mojej Barcelony.

Decyzja o tym, że odwiedzimy Barcelonę padła, kiedy czytałam „Cień wiatru”. Głównym motywem były moje urodziny, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że Carlos Ruiz Zafón nie miał w tamtym momencie na mnie żadnego wpływu. Zaufałam mu, poddałam się temu niemal mistycznemu opisowi miasta i postanowiłam zaryzykować utratę duszy.

Przyjazd

Od momentu przekroczenia progu lotniska zapragnęłam zatrzymać w sobie każdy moment. Pierwszą niespodzianką, jaką przyszykowała dla nas Barcelona było rześkie, pachnące morzem powietrze. Delikatny, słonowodny zapach wdzierał się z każdym wdechem coraz mocniej, przypominając, że znajdowaliśmy się blisko tego wielkiego żywiołu.

Było ciepło, jak na tę porę roku, a raczej, jak na moje dotychczasowe przyzwyczajenia i pogodę, którą zostawiliśmy wtedy w Irlandii. 

Złapaliśmy jedną z ciemnych taksówek zaraz pod szklanymi drzwiami hali lotniskowej. Droga do centrum zajęła nam jakieś 15-20 minut, a mnie, z każdym kolejnym kilometrem chciało się coraz więcej tańczyć, śmiać, przytulać, skakać. Od razu poczułam się, jak u siebie. Barcelona przywitała nas, jak dobra znajoma, która działa w swoim własnym, zrozumiałym wyłącznie dla siebie rytmie, ale pomimo tego wszyscy ją uwielbiają i lgną do niej zupełnie bezmyślnie. Bo dla mnie to był czas, kiedy na chwilę mogłam wyłączyć swoje myślenie i oddać się temu, co irracjonalne w moim umyśle, lecz poza świadomością. 

Nasz hotel miał fioletowe światła i wiele różowych elementów wewnątrz. Był bardzo nowoczesny, co pozwoliło mi na moment oderwać się od klimatu „Cienia…”.

<img src="hotel-w-Barcelonie.jpg" alt="Barcelo Raval Hotel">

Po zameldowaniu wjechaliśmy na 9. piętro, skąd roztaczał się widok na rozchichotane i rozkrzyczane miasto, które swoimi dźwiękami i rozpalonymi światłami wyraźnie dawało znać, że jeszcze nie zamierza zasypiać, że jeszcze pośpiewa, potańczy trochę, może wypije kilka kolejnych drinków. 

Ja też długo nie mogłam zasnąć. Czułam się zbyt szczęśliwa. 

Dzień 1.

Rano obudziło mnie piękne słońce. Koło wielkiego okna znajdował się fotel, na którym na chwilę usiadłam, by poobserwować ruchliwą ulicę. Dopiero w świetle dnia mogliśmy zobaczyć, że w bezpośredniej okolicy naszego hotelu znajduje się okrągły placyk, otoczony małymi knajpkami. Wybraliśmy jedną z nich na pyszne śniadanie oraz moją ukochaną café bombon. Podczas gdy tam siedzieliśmy miałam okazję chwilę podejrzeć także innych klientów. Większość z nich stanowili lokalsistarsza pani z psem, nieustannie zagadująca obsługę, pan, czytający El País popijając cortado czy dwóch młodych mężczyzn, rozmawiających najpewniej o interesach.

Zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy w kierunku La Rambli, która znajdowała się zaledwie pół kilometra od naszego hotelu. Po drodze przeciskaliśmy się wąskimi uliczkami, w których od razu się zakochałam.

[<img src=”Barcelona.jpg" alt=”Ghotic Quarter Moja Barcelona">]

La Rambla tętniła życiem. Składała się z klaksonów samochodowych, głośnych rozmów w wielu językach i szybkiego stukotu obcasów pięknych mieszkanek Barcelony. Wstąpiliśmy na kolejną kawę do małej piekarni, której wnętrze pokrywały chyba niebieskie ściany, a podłoga składała się z czarno-białych kwadratów. Tym razem nie obserwowaliśmy innych. Pochłonęła nas rozmowa, podczas której wykreowaliśmy nowe pomysły, podszlifowaliśmy stare marzenia. Tak działała na nas Barcelona.

Morze

Dalsza droga krętymi uliczkami Dzielnicy Gotyckiej zaprowadziła nas niespodziewanie do wybrzeża Morza Śródziemnego. Przed naszymi oczami wyrósł port, a zapach słonej wody stał się silniejszy. Dalszy cel naszego spaceru był jasnymorze. Obeszliśmy naokoło całą zatokę, wzdłuż której rozciągał się nieprzerwany rząd barów i kawiarni. W tamtym momencie pomyślałam sobie, że gdybym mogła wybrać dla siebie jedno zajęcie na starość, bez wątpienia byłoby to przesiadywanie w takich miejscach (codziennie inne), czytając zaległe książki i, od czasu do czasu, spoglądając na wodę.

[<img src=”Barcelona.jpg" alt=”port w Barcelonie">]

Piasek na plaży nie był wcale ciepły, ale i tak zdecydowaliśmy się na zdjęcie butów i zanurzenie w nim stóp. Środek grudnia, a my maszerowaliśmy na bosaka. Cudowne uczucie.

[<img src=”Moja-Barcelona-spacer.jpg" alt=”spacer na bosaka po plaży">]

Na plaży pozostaliśmy do zachodu słońca, a potem, nie chcąc jeszcze ostatecznie żegnać się z morzem, cofnęliśmy się tylko kilka kroków do jednego z przybrzeżnych barów na przedkolacyjnego drinka. Szum morza, kolorowe lampki, gwar rozmów… Wciąż zastanawiałam się, jak to wszystko zatrzymać w sobie jak najdłużej.

A może tylko sobie wmówiłam ten słonowodny zapach, tę żywiołową atmosferę, to coś, co w Barcelonie pozwalało mi czuć się, jakbym stamtąd pochodziła? Jeśli nie, to nie przepadłam na marne. Jeżeli jednak tak, to… i tak bez znaczenia. Barcelona weszła mi pod skórę i skradła duszę. I ja już nawet nie chcę jej odzyskać.

[<img src=”Moja-Barcelona-morze.jpg" alt=”Morze Śródziemne Barcelona">]

Widzimy się znowu już niedługo!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *