Barcelona sama była jednym wielkim spektaklem.

Andromeda Romano-Lax „Hiszpański smyczek”

Dzień 2.

Poranek rozpoczęłam od krótkiego spaceru po okolicy i w ten sposób dotarłam do Sant Pau del Camp romańskiego klasztoru, stanowiącego najstarszy sakralny obiekt w Barcelonie. Zatrzymałam się na chwilę, aby popatrzeć na potężne mury i miałam odczucie, że, wraz ze mną, zatrzymał się także czas. Po raz kolejny moje wrażenia zmieszały się z rzeczywistym obrazem, na który właśnie patrzyłam, odrywając mnie kompletnie od tego, co tu i teraz. Czasem myślę, że ze starymi budynkami jest trochę tak, jak z ludźmi — patrzymy na nie i widzimy historię, czasem dopowiadamy sobie różne rzeczy, ale to, co wydarzyło się tam naprawdę, wiedzą jedynie te zimne, kamienne mury.

Na śniadanie wybraliśmy kolejną pobliską knajpkę, a po posiłku wyruszyliśmy w drogę. Jak zwykle nie mieliśmy konkretnego planu naszego spaceru, poza tym, że chcieliśmy zobaczyć cudowną Sagradę Famílię.

Barcelonę, pomimo tego, że ma świetnie rozwiniętą komunikację publiczną, warto zwiedzać pieszo, dzięki czemu można bardziej poczuć niesamowity klimat tego miejsca. Dystans między naszym hotelem a bazyliką wynosił około 4 km, a więc idealnie na dłuższy spacer. La Ramblą wyszliśmy na Plac Kataloński — serce Barcelony, bijące szybkim tempem nawet w zimie, kiedy wiele innych miast zasypia na długie miesiące. Wokół Placu znajdują się liczne sklepy i klimatyczne kawiarnie, gdzie można wstąpić na szybką kawę, robiąc przerwę od bieganiny po sklepach. To, co dla mnie było szczególnie niezwykłe to to, że niemal każda z tamtejszych restauracji miała otwarty ogródek. Dlaczego to dla mnie takie szczególne? Pamiętam jeszcze te polskie zimy, kiedy temperatura spadała wieczorami do -10 stopni, a ja po lekcjach na popołudniowej zmianie czekałam na ostatni autobus, trzęsąc się z zimna. W okresie od stycznia do marca normą były nawet 15-minutowe opóźnienia. I ja zawsze wtedy myślałam o miejscach takich, jak właśnie Barcelona, gdzie w tym samym czasie, gdy ja traciłam czucie w palcach, ktoś inny zaczynał wieczór na mieście od kieliszka czerwonego wina w jednym z ulicznych ogródków, w klasycznych szpilkach i cienkim, eleganckim trenczu. Ta myśl dodawała mi otuchy i uświadamiała, że wiosna nie jest jedynie tworem mojej wyobraźni, a ciepło gdzieś tam sobie jednak istnieje.

Fira de Nadal de la Sagrada Família

Grudzień to oczywiście idealny czas na… targi bożonarodzeniowe. Jeden z tych barcelońskich znajdował się właśnie w bezpośredniej okolicy bazyliki. Fira de Nadal de la Sagrada Família funkcjonuje od początku lat 60. ubiegłego wieku i obecnie składa się z około 100 stoisk z pamiątkami, ozdobami świątecznymi i, oczywiście, lokalnymi przekąskami. Ja właśnie tam spróbowałam swoich pierwszych w życiu churrosów z dodatkiem Nutelli. Bardzo trudno jest przejść obojętnie koło tamtejszych słodkich stoisk, gdy wokół nas roztacza się zapach tych hiszpańskich smakołyków. Nie wspominając o samej okolicy — nasze churrosy zjedliśmy na ławeczce zaledwie kilka metrów od bazyliki.

Wieczór spędziliśmy w hotelowym barze, na dziesiątym piętrze. Były moje urodziny, piłam dwie piña colady naraz, ubrana w ulubioną kwiatową sukienkę. Cały świat wydawał się taki mały i daleki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *