2 lipca, ponad 2 lata temu. Właśnie obroniłam swoją pracę licencjacką, kończąc tym samym jedną z najlepszych przygód mojego życia. Wychodzę z budynku na Grodzkiej w pośpiechu myśląc, co jeszcze muszę załatwić. Mam jakieś 5 godzin do autobusu do domu. Zanoszę jedne dokumenty, odbieram inne, po godzinie wracam na Stare Miasto, gdzie mrożoną kawą opijam ze znajomymi mój mały sukces. Pod koniec pękam, bo to wcale nie jest dla mnie łatwy dzień. Następnego popołudnia wracam do Krakowa, ale już tylko na lotnisko. Spakowana w walizkę cabin size wylatuję do Irlandii. Za 2 miesiące wrócę, powtarzam sobie w myślach i bardzo cieszę się na ten wyjazd.

Dziś, 27 miesięcy póżniej, piszę ten tekst z Dublina. Zostałam. Pokochałam to miejsce (i nie tylko) całym swoim sercem. Jednocześnie jednak nieustannie tęsknię. Tęsknię za rodziną, przyjaciółmi, dobrymi lodami waniliowymi. Czasem dosłownie targają mną totalnie sprzeczne uczucia. Przeplatają się we mnie wzajemnie harmonia i wewnętrzny niepokój, wiara w lepsze jutro i gotowość na najgorsze, wielkie szczęście i niesamowite rozdarcie. Czuję, że mam wszystko, co w życiu najważniejsze, tylko dlaczego odległość między poszczególnymi elementami tego wszystkiego to jakieś 2000 km?

Migracja wahadłowa czyli życie na huśtawce

Ostatnio trafiłam na książkę Psychologia migracji, której autorem jest Jacek Kubitsky. Praca ta pomogła mi uporządkować myśli i zrozumieć kilka bezkształtnych odczuć, o czym postaram się opowiedzieć poniżej.

Kubitsky używa w swojej książce pojęcia migracja wahadłowa w odniesieniu do ludzi, którzy wyjeżdżają za granicę np. w celu zarobkowym i w międzyczasie regularnie odwiedzają ojczyznę, np. przy okazji różnych świąt czy wakacji. Migracja wahadłowa wiąże się zatem z zamieszkaniem za granicą, przy jednoczesnym zachowaniu dosyć bliskiej więzi z krajem opuszczonym. Powoduje to istne „huśtanie się” między dwoma krajami, kulturami, domami i, oczywiście, językami. Mentalność, którą wynieśliśmy z naszej ojczyzny, musi zrobić miejsce dla tej, w której zanurzamy się, przebywając za granicą. Czasem obie się rozpychają, a nam trzeba znaleźć dla nich wspólny punkt, bo inaczej grozi nam szaleństwo.

Emigracja, dziwna ja

Kubitskty pisze w swojej książce:

Migracja jest szczególną formą kryzysu. To stan dezorientacji, który wymaga przebudowy zarówno wewnętrznej jak i zewnętrznej. Spotkanie z obcym krajem zmusza do konfrontacji z nowym środowiskiem i zarazem do refleksji nad własnym życiem. Przepracowanie tych myśli i uczuć wymaga czasu. Okres dochodzenia do równowagi jest długi i chwilami bolesny.

Ten fragment „dziabnął” mnie bardzo mocno. Ludzie, którzy przeprowadzają się do innego kraju, całkowicie zmieniają swoje otoczenie. Nie chodzi tutaj o inną dzielnicę czy sąsiadów – zmieniają się kraj, kultura, język. Nie wiemy tak naprawdę NIC o panujących zwyczajach, bo żadna książka nie może nas do tego przygotować. Kolejny fragment, który przytoczę poniżej, doskonale tłumaczy ten przeskok:

Mieszkając we własnym kraju, ludzie bez trudności odczytują nastroje i odgadują oczekiwania ze strony otoczenia. Ubiór, gesty, spojrzenia i role społeczne, które dostrzegają, jawią im się w pełni zrozumiale. Nie muszą się długo zastanawiać, aby ocenić, czy rozmówca w danej sytuacji jest zadowolony czy rozczarowany, dobry czy zły, „normalny” czy „nienormalny”. Oceny te pojawiają się niejako automatycznie bez absorbowania uwagi lub pamięci. Dzieje się to za sprawą kompetencji kulturowej – pilota automatycznego – którym dysponuje każda osoba, wychowana w określonej kulturze. (…) Konfrontacje z innymi kodami komunikacji werbalnej i niewerbalnej oraz z odmiennymi normami kulturowymi, budzą poczucie obcości i dezorientacji.

Wszystkie te różnice językowo-kulturowe potrafią także nieźle namieszać w poczuciu własnej wartości. Zwłaszcza, jeśli tak, jak ja, macie tendencję do walenia wtopy za wtopą. Tutaj i tutaj pisałam więcej o tym, jakie problemy można napotkać, komunikując się w języku obcym. Niezrozumienie, językowo-kulturowe wpadki, niemoc w porozumiewaniu się i strach przed popełnieniem kolejnego błędu – to wszystko obniża naszą pewność siebie i niejako zamyka nas w sobie, tylko potęgując poczucie obcości i ogólną dezorientację.

Emigracja, a wewnętrzne zmiany

Zamieszkanie za granicą to spora zmiana sama w sobie. Każdy kraj ma swoje obyczaje i kulturę, a zadaniem migranta jest ich zrozumienie, a następnie przystosowanie się. Innym idzie to z górki, ale są i tacy, którzy potrzebują lat na ten proces. Bez względu jednak na to, u każdego zachodzą pewne zmiany, przede wszystkim w postrzeganiu siebie, ponieważ od teraz należymy do dwóch różnych miejsc, ale żadne nie jest do końca nasze.

Łapka w górę, jeśli w czasie wakacji w ojczyźnie czujesz nostalgię przeszywaną nutką (czasem sporą dozą) irytacji, natomiast w ostatni dzień urlopu mówisz z ulgą, że wracasz do d-o-m-u. Po kilku tygodniach odczuwasz jednak delikatne łaskotanie tęsknoty za rodzinnym miastem.

Chociaż ten cały technologiczny progres ułatwił nam migrowanie i oddramatyzował emigrację, to niestety powoduje pewnego rodzaju rozstrojenie wewnętrzne. Co jeszcze? Poniżej opiszę kilka zmian, które zaszły we mnie.

Nie planuję.

Ostatnio gdzieś w okolicach O’Connell i Henry Street zdałam sobie sprawę, że jedyne, na czym się od jakiegoś czasu skupiam, to sprawy związane z moją pracą, obowiązki na kilka najbliższych dni i to, co jutro zjemy na śniadanie. Mam jakieś drobne plany co do dalszej przyszłości, jednak kiedy sobie o nich pomyślę, natychmiast pojawia się też pytanie, gdzie ja właściwie wtedy będę.

Dlaczego tak jest? Może chodzi o to, że, chociaż kocham to miejsce całym sercem, wciąż czuję się tutaj tylko jak gość? A może chodzi o ogólne wyobrażenie obecnego emigranta, który opuszcza swój kraj tylko na chwilę, żeby zarobić, a po jakimś czasie wraca do ojczyzny? Albo o to, że raz już przecież wyjechałam z kraju, dlaczego więc miałabym znowu tego nie zrobić?

Trudniej mi jest przywiązywać się do ludzi

Mam przyjaciół w Polsce, z którymi zawsze się widuję, kiedy wracam. Uwielbiam ich towarzystwo, mamy tak wiele pięknych wspomnień! Nie czuję natomiast potrzeby nawiązywania przyjaźni, będąc tutaj, w Irlandii. Nie oznacza to, że się odcinam i uciekam od jakiejkolwiek formy społecznej asymilacji, ale trudno mi jest się zaprzyjaźniać, kiedy wciąż mam z tyłu głowy myśl, że nie jestem tu na zawsze. Tak samo działa to w Polsce – tam z kolei nie czuję potrzeby nowych, zażyłych znajomości, bo przecież… ja już tam nie mieszkam.

Brak poczucia przynależności

W psychologii migracji mówi się o podwójnej identyfikacji. Jeden kraj staje się swego rodzaju przeszłością, wciąż jednak obecną, bo przecież ciągle tam przyjeżdżamy, regularnie kontaktujemy się z bliskimi, odbieramy paczki z pierogami i hermetycznie zapakowaną kiełbasą i być może kiedyś powrócimy na dobre. Drugi kraj natomiast jest naszym tu i teraz. To tutaj toczy się nasze życie, tutaj wstajemy rano do pracy, gotujemy, imprezujemy, poznajemy nowe osoby. Tutaj skupiają się nasze smutki i chwile radości. To wokół tego drugiego kraju krążą, niczym planety w Układzie Słonecznym, nasze problemy. Układając swoje życie za granicą, następuje pewne rozwidlenie – jestem teraz jak element pasujący do dwóch różnych układanek, ale jednocześnie nie będący częścią żadnego zestawu. Jeszcze nie teraz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *